Konkury
Częste wizyty gimnazjalnego nauczyciela w domu sąsiadki nie uszyły uwagi otoczenia. Szczególnie był o nie zazdrosny niejaki Natowski, Galicjanin z tytułem cesarsko-królewskiego szambelana. On także ubiegał się o względy pięknej doktorowej. Pewnego razu, po wspólnej wielkanocnej kolacji, przy kartach i winie, od dawna już szukający zwady szambelan obraził poetę. Doszło do gwałtownej sprzeczki. Poniżony pedagog nie darował obelgi. Złapał za stojący na stole lichtarz i trzasnął nim w głowę napastnika. Z wypowiedzianych w czasie sprzeczki zdań doktor Kowalski zorientował się, że obaj panowie o wiele za daleko posunęli się w konkurach do jego małżonki. Zapachniało pojedynkiem. I kto wie czy rzeczywiście nie polałaby się krew, gdyby nie opanowanie i spryt kowieńskiej piękności. Udobruchała męża, obłaskawiła zalotników. Ustaliła też zasady, które odtąd regulować miały wizyty obu jej porywczych gości. Postanowienia były proste i likwidowały wszelkie nieporozumienia. Skoro pan Adam przekracza próg, aby złożyć wizytę, a na pokojach jest Natowski, wówczas przybyły wcześniej musi opuścić salony. I odwrotnie. Jeśli wchodzi szambelan zastaje siedzącego już we wnętrzu rywala, wówczas wynosić musi się poeta.